|
- Dlaczego przeniosłam się do Polski? - uśmiecha się Kinia, 21-letnia barmanka Carycy i Kitschu. - Bo w Niemczech jest nudno a w Krakowie aż się kotłuje. Kiedy Kinia przyjechała do miasta, pytała znajomych, gdzie klubowe życie tętni najgoręcej. Odpowiedź była zwykle ta sama: w kamienicy na Wielopole 15, którą co weekend odwiedza kilka tysięcy ludzi
Faza mówi, że nie spodziewał się takiego sukcesu. Po prostu nie przypuszczał, że ludzie aż tak zwariują na punkcie lat 80-tych. że wystarczy stara radziecka lodówka, lada chłodnicza z mięsnego spod Proszowic, kilka wyświechtanych okładek od winyli Modern Talking, czerwone tablice "Komitet Zakładowy PZPR", pęknięta klawiatura od archaicznego komputera Amiga, przywleczona z baru mlecznego czarna tablica menu z plastikowymi literkami. Teraz zamiast w słowa "zupa mleczna", "kompot", "wątróbka", pożółkłe klocki układa się w "piwo", "wódka 50 ml", "papierosy". To asortyment Klubokawiarni Łubu-Dubu, czołowego w Krakowie lokalu utrzymanego zaaranżowanego od początku do końca w PRL-owskiej estetyce. Co prawda w Nowej Hucie mają Stylową (autentyczny relikt komunizmu a la zimny bryzol z ciepłą wódką, tatarem i trwałą ondulacją na głowach kelnerek) a na Kazimierzu Propagandę (obwieszoną sztandarami kawiarnię a la ponura sala obrad Komitetu Wojewódzkiego przewodniej partii narodu). Ale to właśnie do Łubu Dubu wali drzwiami i oknami dziki tłum. Na szalone tańce do C.C.Catch, Madonny, Michaela Jacksona, Cure, A-ha, Sabriny, Limahla, Kapitana Nemo. Na przytulanki na starych, odrapanych fotelach. Na konsumpcję piwa na ladzie sklepowej z przerdzewiałę blaszką "Społem". Konsumpcję kulturalną jak w zakładowej stołówce. Jak z pozytywnej odezwy za szybką: "w pracy pijcie odżywcze i orzeźwiające piwo państwowych browarów" z namalowanym socrealistyczną kreską robotnikiem z kuflem w ręku. W Łubu-Dubu wisi na honorowym miejscu. Podrygując przy barze patrzysz na nią z należnym szacunkiem. 
Kinia w świątyni kiczu
Łubu-Dubu z początku nie miało wielu gości. Paradoksalnie z powodu lokalizacji, która teraz stała się największym atutem w rękach prowadzących Carycę, Kitsch i Klubokawiarnię. Ulica Wielopole, mimo że w umiejscowiona w centrum miasta, nie słynęła raczej z szerokiej gamy klubów czy knajp.
- Martwy teren - oceniają okoliczni mieszkańcy. Z dala od kilkuset lokali Starego Miasta i imprezowego tygla na Kazimierzu. Cisza, spokój, przyćmione latarnie.
- Odkąd rozkwitł Kazimierz chodziło się tam z Rynku przez Stradom i Krakowską lub Starowiślną - mówią barmani Carycy. - Teraz szlak biegnie przez Wielopole, a dokładniej Wielopole 15. Grzech nie zobaczyć, co dzieje się w największym skupisku klubów w centrum Krakowa. Trasą przez Wielopole wybiera teraz w weekend kilka tysięcy ludzi, zwabionych bezpieczną i wolnościową metką "klubowego trójkąta".
- Nie "trójkąt", ale raczej "centrum rozrywki" - śmieje się Zenek. Opowiada jak powstał Kitsch: - Narodziliśmy się ponad rok po Łubu Dubu. Oni łupali szlagiery z PRL-owskich dancingów i hity dekady lat 80-tych, my postawiliśmy na "frontalny atak kiczu". Od początku gramy tu jak na wiejskiej dyskotece w remizie. Dopiero niedawno otworzyliśmy dwa pokoje dla ambitnej, elektronicznej muzyki granej przez didżejów.
Kitsch jak na "kicz" przystało, gromadzi wszystko, co kiczowate, durne, głupawe. Lampy obwieszone wisiorkami, fotele z jaskrawo lakierowanej skóry, czerwone neony. ściany malowane w intensywny błękit "a la Italian Sky", zadymione bordo, zgaszone złoto. Ciemno w nocy, jasno w dzień. Inaczej niż w Carycy, najmłodszym dziecku Wielopola 15, gdzie nawet w dzień panuje aromatyczny, zadymiony półmrok. Klimat carsko-dywanowo-rosyjski.
- Przytulnie, prawda? - pyta Kinia, nalewając z szumem piwo do owalnego kufla. - Polubiłam to miejsce od samego początku. Kinia ma klipsa w nosie i urocze dredy. Przez 16 lat mieszkała na zachodzie Niemiec. Znudziła się. Przyjechała do Polski, bo "tu jest znacznie ciekawiej, mieszka mnóstwo genialnych ludzi, a klimat wielu miejsc jest rewelacyjny".
Kinia na Wielopole trafiła przez znajomych. Kilka miesięcy temu poprosiła, żeby zaprowadzili ją do najgorętszego miejsca w Krakowie. Dobrze trafiła. W Carycy i Kitschu pracuje za barem, na przemian, jednego dnia tu, innego tam. Codziennie kilkadziesiąt razy kursuje między piętrami. Przeciska się między zbitym tłumem ludzi na klatce schodowej. Uwielbia to.
Imprezowy kombinat
- To jedyne miejsce w Krakowie, gdzie w jednej kamienicy masz trzy super lokale - mówi Krzysztof Mazur, artysta, absolwent krakowskiej ASP. Krzysztof na Wielopole przychodzi spotkał znajomych i poznał nowe dziewczyny. - Wiadomo, na Wielopole chodzą najlepsze laski - twierdzi jego kolega. Publiczność wypełniająca w weekendy kamienicę odwiedza trzy kluby w sobie tylko wiadomej kolejności. Zwolennicy elektroniczych rytmów dnb
czy electro, rozmaite freaky, dredy, wejdą najpierw do Carycy. Podniecone tańcem i podchmielone drinkiem studentki - w pierwszej kolejności do Łubu-Dubu. Geje, podrywacze i zwolennicy mocniejszych wrażeń - wybiorą Kitsch. Każdy z klubów Wielopola 15 słynie bowiem z czegoś innego. Caryca, choćby z zacisznego pokoiku z wyleniałymi fotelami, na których "odpływają" jej bywalcy, albo kameralnych imprezek w wyciszonej salce od ulicy. Łubu-Dubu z maniakalnego tańca do plastikowych szlagierów lat 80-tych, fotografii Himilschbacha, fototapety z popularnego w latach 60-tych materiału na sukienki gospodyń domowych. Kitsch - z głośnej muzyki, tolerancyjnej atmosfery, nie skrępowanego zachowania, aury seksualnej dwuznaczności, jaką roztaczają zarówno barmani, jak i bywalcy.
- Kitsch to jedyne w Krakowie miejsce, gdzie naprawdę nie ma podziału na homoseksualistów i hetero - mówią Karolina i Monika z Łodzi, studentki, działaczki jednej z organizacji feministycznych, przytulone na jednym z foteli w offowej części klubu. Są razem dwa lata, uwielbiają Kitsch, chodzą też do Carycy, zżymają się na Łubu-Dubu. - Za dużo chodzi tam wieśniaków, którzy usłyszeli, że można tam rwać panny jednym gestem.
W Kitschu więcej wolno, a problem podziału towarzystwa na "branżowe" i "niebranżowe" nie istnieje. Każdy czuje się tu zupełnie swobodnie. Zdaniem Valbo, 28-letniego Fina z Kouvola, który na Wielopole chodzi odkąd przeprowadził się z Warszawy, Kitsch to "znacznie lepszy lokal niż przereklamowane warszawskie Le Madame". - Media trąbią, że w Le Madame jest tak wspaniale, tymczasem poziom lansu na Koźlej przekroczył już granice dobrego smaku - narzeka Valbo. - Szukałem w Krakowie takiego miejsca i znalazłem. Kitsch gromadzi rewelacyjną, otwarcie myślącą publikę. Jest zaprzeczeniem statecznego obrazu Krakowa, gdzie siedzi się przy piwie i snuje opowieści o niezrealizowanych projektach.
Nathalie, dziewczyna Valbo, młodsza o pięć lat francuzka z Grenoble uważa, że dziękim takim lokalom, miasto czerpie nowy oddech. - Zjeździłam z kamerą całą Polskę. Bawiłam się w sopockim Sfinksie, poznańskim Eskulapie, warszawskich CDQ, Le Madame, Cafe Kulturalnej, Utopii, ale takich tańców, tak energetyzującej muzyki, takiej zbieraniny ludzi nie spotkałam - zachwyca się Nathalie, która w styczniu pokaże w jednym z kodowanych kanałów francuskiej telewizji autorski film o Polsce.
Sąsiedztwo squatu
- Nie jesteśmy gejowskim lokalem - mówi Zenek. - Nie przeszkadzamy jednak naszym kilentom w wyrażaniu tego, co czują. śmieje się, że wskutek zachodzącej w centrum rozrywki na Wielopolu "naturalnej osmozy klientów", wiele par jednej płci schodzi z Kitschu piętro niżej wzbudzając w Łubu-Dubu i Carycy większe niż w "lokalu przedtem" zainteresowanie. Zdaniem Marcina, jednego z czołowych załogantów Łubu-Dubu publika trzech lokali to jedno wspólne towarzystwo.
- Współpracujemy ze sobą - nie ukrywają barmani Kitschu. - Nasi bramkarze nie przepuszczają dresów i meneli. Każdy lokal ma swoją ochronę, ale w przypadku jakiejś niemiłej sytuacji interwencje bywają wspólne.
- Na Wielopolu 15 jest znacznie bezpieczniej niż na Kazimierzu czy Starym Mieście - twierdzi Zenek. - Interwencji Straży Miejskiej czy Policji prawie nie ma. Czasem tylko mieszkańcy dzwonią, że jest za głośno.
Jak to możliwe, że w ściśle zabudowanym centrum miasta huczą nocami aż trzy kluby, i dotąd mieszkańcom nie przeszkadza to aż tak bardzo?
- To proste - tłumaczy Faza. - Z początku mieliśmy nieprzyjemności z powodu hałasu, później sąsiedzi przyzwyczaili się do naszej działalności. Wiedzą, że oprócz parkietu do tańca działa tu offowe kino, wydaje się zakładowa gazetka "Trybuna Lubu-Dubu", organizowane są imprezy dla zbieraczy papierków z gum Turbo, a trasą do Nowej Huty jeździ, jak w piosence, czerwony autobus.
Marcin jest pewny, że "centrum rozrywki" nie uchodzi na Wielopolu za intruzów.
- W szatni Łubu-Dubu pracował swego czasu miejscowy dozorca, pan Rysiek. Po prostu pewnego dnia przyszedł na banię wódki i już został. Był tu z rok czasu. Pewnego dnia znaleźliśmy w piwnicy legitymację ORMO-wca, z czasów, gdy pracował w MPK. Zaprzeczał, mówił, że to nie on, śmialiśmy się. Zniknął.
Marcin twierdzi, że nikt otwarcie nie protestuje bowiem sąsiadów... prawie nie ma. - Od podwórka kilka mieszkań, ale hałas do nich raczej nie dolatuje. A w pozostałych mieszkajń rezydenci Kitschu. Jak jest za głośno, to sami wysyłają sms-a do obsługi "centrum rozrywki", żeby ściszyć muzykę.
- Jest głośno, ale tylko w weekendy - mówi z sympatią młoda kobieta, wchodząca do bramy kamienicy, którą z Wielopolem 15 łączy wspólne podwórko. Idzie z zakupami do 84-letniej babci, która mimo podeszłego wieku nie narzeka na kluby. - Dawniej ta kamienica straszyła, teraz coś się tu rusza. Oby nie za głośno!
Kierunek: dach
- Przychodzę tu codziennie - mówi 22-letnia Joanka Hedemann, studentka grafiki KSW i basistka formacji Andy. Zwykle siada za barem w Lubu-Dubu, obok swojego chłopaka, który nagłaśnia w Klubokawiarni koncerty. Obserwuje ludzi. - Różni przychodzą. Mnóstwo oczarowanych cudzoziemców, pełno warszawiaków, a kiedy nie ma sesji zdecydowanie za dużo szarej studenckiej masy. Joanka wie co mówi. Zna tu wszystkich. Do Kitschu i Carycy chodzi rzadziej. - Tam na górze chciała mnie kiedyś poderwać ta ruda barmanka - uśmiecha się. Joankę fascynuje to, że Wielopole 15 od zewnątrz to odrapana kamienica a la berliński squat Tacheles przy Oranienburger Strasse, a od wewnątrz spuchnięty od rozdygotanego tłumu klub. - Tutaj impreza sią nigdy nie kończy - potwierdza Kinia kołysząc się w rytm niskiego dnb.
Ostatnio w piwnicy Wielopola 15 otwarto nowy klub: dyskotekę Paradox. Nasterydowani ochroniarze na wejściu, lasery, łyse karki, prymitywne techno prawie jak w oddalonej 40 kilometrów od Krakowa imprezowni Energy 2000. - Do Paradoxa nie chodzimy - krzywi się Joanka. - Jakieś dziwne klimaty. Jego właściciele nie czują, o co chodzi w tym miejscu. Chcą zarabiać, zamiast cieszyć się życiem. Straszą ludzi na wstępie, zamiast zapraszać do wejścia.
Kinia twierdzi, że z tego co wie, Paradox nie cieszy się specjalną popularnością. Zenek mówi, że znikająca w jego czeluściach publiczność, nie pasuje mentalnie do Wielopola 15. Faza zdradza, że Paradox już ma problemy z sąsiadami. - Najpierw skarżyli na nas, później na Kitsch, potem na Carycę, a teraz tamci muszą przejść chrzest.
Nathalie żałuje, że Wielopola 15 nie można już powiększyć: - Lubu-Dubu przebiło się chyba do każdej możliwej dziury. Ich mieszkanie ma siedem pokoi! Caryca powiększyć się nie może, musiałaby zabrać im pokój. Kitsch ma fajnie, bo zajłą dwa mieszkania, ale więcej już też nie uszczknie.
- Szkoda, że piwnica już zajęta - mówi Valbo. Rzuca pomysł, żeby wszystkie kluby zrzuciły się na ogródek patio na dachu. - To byłby dopiero czad, prawda?
Piątek. 1 w nocy. Pod rozświetloną kamienicą rozgadany tłumek. Podjeżdżają taksówki, ludzie wsiadają, wysiadają. - Jak na Prenzlauer Berg w Berlinie - mówi Nathalie. Zanim odjedzie taksówką wykona pożegnalny taniec na chodniku. Słychać jak w Łubu-Dubu zza chłodniczej lady przerobionej na didżejkę, ktoś puszcza song Zbigniewa Wodeckiego "Chałupy, welcome to...". Sala szaleje...
Rafał Romanowski, Gazeta Wyborcza
| | | |