Oba miasta dzieli 300 kilometrów. Łączy niepowtarzalna atmosfera, powiew historii. - Ale wdzięku mamy więcej - mówią przekornie lwowiacy, uczestnicy kolejnych „Dni Lwowa w Krakowie”.
Spacerując zaniedbanymi uliczkami Lwowa trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniły kawiarnianym życiem, tłumem nobliwych gości, dźwiękami skrzypiec, akordeonów, dzwonków.
Po wojnie na tę część Europy zapadł mrok żelaznej kurtyny. Lwów niszczał, gasł w mroku nieczynnych latarni, popadał w zapomnienie. - Teraz się to zmienia, a wraz z nadejściem nowych władz na Ukrainie ma być znacznie lepiej - mówi Wiera Pokotycka, szef wydziału kultury miasta Lwowa, która do Krakowa przyjechała na anonsowane w obu miastach „Dni Lwowa w Krakowie”.
Wraz z nią przybyła grupa ukraińskich dziennikarzy i przedstawiciele lwowskiego merostwa.
Wczoraj w teatrze Bagatela wystąpił Teatr Polski, a w klubie Alchemia odbyły się koncerty lwowskich grup jazzowych.
W weekend ciąg dalszy prezentacji w Alchemii. W sobotę o 16.00 tetar Klatka pokaże spektakl „Pies, Chrystia i ja”, o 20.00 wystąpi kwintet Leo-M-Art, a o 22.00 odbędzie się jam session „Jazz bez i przyjaciele”.
W niedzielę o 20.00 na scenie klubu objawi się trio „Drum 2 Bass”, którego koncert przekształci się po dwóch godzinach w lwowsko-krakowskie jam session.
- Dzieli nas 300 km ale to naprawdę mało - ocenia Wiera Pokotycka. - Lwów ma się dobrze i jego turystyczny rozkwit jest tylko kwestią wypromowania naszych artystów. Zabytkowe zaułki Lwowa są piękne, ale bez odpowiedniej promocji nikt ich nie zauważy. Jesteśmy u was, aby godnie się pokazać.
|